środa, 31 lipca 2019

Po Co Ci Te Wszystkie Rzeczy?!




2 tygodnie, 3 osoby i 3 pokoje. Do naszej wyprowadzki z Londynu pozostało tak niewiele czasu, a tu trzeba zapakować 3 osoby i ich przedmioty rozsiane po 3 pokojach (nie wliczając dwóch łazienek i kuchni) - szkoda tylko, że nie ma szans na zmieszczenie się w 3 walizkach. Rozglądam się po mieszkaniu i myślę sobie: po co Ci te wszystkie rzeczy?!


Konsumpcjonizm

Jeśli od dłuższego czasu czytacie mojego bloga, to z pewnością wiecie, że już kilka lat uczę się walki ze “zbieractwem pospolitym” i konsumpcjonizmem (nadmiernym przywiązywaniem wagi do dóbr materialnych) oraz wdrażania minimalizmu w różnych dziedzinach życia. Celowo napisałam “uczę się”, bo to stały proces i wciąż widzę potencjał do ulepszeń. Nie mam jednak zamiaru stać się ekstremalnym minimalistą, który potrafi z pamięci wymienić wszystkie rzeczy, jakie posiada (bo tak niewiele ich ma), ale za to lubię inspirować się wartościami minimalistów i wprowadzać u siebie pozytywne zmiany, tam, gdzie mi to odpowiada.

A całe to zbieractwo zaczyna się niewinnie już w dzieciństwie: małe karteczki w notesikach w przedszkolu, karteczki do segregatorów w Podstawówce, żetony z chrupek, figurki z jajek Kinder, historyjki z gum, święte obrazki, pocztówki - wyliczać dalej? Chyba ciężko byłoby znaleźć osobę, która jako dziecko nie odczuwała radości ze zbierania takich skarbów i rozbudowywania swojej kolekcji. Sama przez to przeszłam wielokrotnie i wszystkie powyższe przykłady mam na sumieniu. Kilkanaście lat mija, niby jesteśmy dojrzalsi i mądrzejsi, a my wciąż odczuwamy potrzebę gromadzenia i posiadania, tylko już w o wiele większym stopniu i na większą skalę.

Jeśli nie wiesz, co to jest ‘wishlist’ i nie posiadasz listy zachcianek, to gratuluję, bo być może zaliczasz się do mniejszości, która nie potrzebuje przedmiotów do szczęścia. Ale istnieje duże prawdopodobieństwo, że taka lista, choć nie spisana, tworzy się i tak w Twojej głowie.


Skąd się bierze ta cała potrzeba posiadania? Niby zakorzeniona w dzieciństwie, ale to czasy w jakich żyjemy i era konsumpcjonizmu tak bardzo wpływają na nasze wartości, gdzie "mieć" staje się ważniejsze niż "być".

Wystarczy wejść na parę przypadkowych blogów modowych lub urodowych, a przekonacie się, jak powszechne jest to zjawisko. Powstają całe posty dedykowane “wish listom” i przedmiotom “must have”, które bloger aktualnie chce i potrzebuje. Skłamałabym, mówiąc, że sama nie mam takiej listy spisanej w moim bullet journal, ale na szczęście jest ona konkretna, przemyślana i krótka. I o ile taka lista przydaje się, gdy rodzina podpytuje o prezent na urodziny, czy pod choinkę (dla mnie jest wybawieniem, bo ja zwykle nic szczególnego nie potrzebuję), to jednak może wyrządzić więcej szkód, niż pomóc, jeśli systematycznie dopisujemy do niej kolejne pozycje i wykreślamy te już zrealizowane, po zakupowych szaleństwach.



Chodźmy na zakupy!


Zakupy raz na jakiś czas (nie za często) i do tego z listą nie są niczym złym, ale istnieje wiele sytuacji, w których wpadamy z pułapkę konsumpcjonizmu. Najważniejszą rolę odgrywa marketing i ogrom technik i sztuczek, jakie stosuje się do zwabienia klienta, ale o tym już kiedyś pisałam - zainteresowanych odsyłam tutaj: część I, część II, część III i część IV.

Szczególnie narażone są na to kobiety, bo to właśnie one odpowiadają za większość decyzji zakupowych w gospodarstwach domowych i to właśnie głównie pod kobiety opracowuje się strategie marketingowe, bazujące na wabieniu pokusami i tworzeniu potrzeb. A takim pokusom łatwo ulec, jeśli akuratnie chcemy poprawić sobie nastrój, czy też stan, w którym aktualnie się znajdujemy (np. smutek, stres, porażka) i przez to decydujemy się na zakupy kompensacyjne, które mają nam to wynagrodzić. Groźniejsze są jednak zakupy kompulsywne, bo choć również podejmowane są pod wpływem chwili i emocji, np. oglądanie wystaw sklepowych (ang. window shopping), to raczej nie mamy dla nich sensownego wytłumaczenia - no, poza banalnym stwierdzeniem, że nam się akurat coś spodobało. Dam sobie rękę uciąć, że nie raz zdarzyło się Wam wejść do galerii handlowej bez konkretnego celu, a wychodziliście z siatkami w rękach. I tutaj mogę przyznać się Wam do mojej największej zakupowej porażki, która miała miejsce na studiach. Zdawałam egzamin z zachowań konsumenckich, a od razu po jego zakończeniu pojechałam do Galerii Krakowskiej “zrelaksować się” (wtedy mnie to jeszcze odprężało) i mając z tyłu głowy tę wiedzę, nabytą do egzaminu, skusiłam się i tak na zakup sukienki z wystawy. Najgorsze, że nie ubrałam jej potem ani razu i dopiero po kilku latach się jej pozbyłam, sprzedając jeszcze z metką.

Jako wyedukowany konsument z tytułem mgr Psychologii (Reklamy i zachowań konsumenckich), już zawsze będę wspominać to jako moja małą porażkę z przeszłości, ale w moim odczuciu największa zakupowa porażka to taka, kiedy decydujemy się na zakupy, pomimo braku oszczędności i korzystamy z kart kredytowych. Ale o tym świetnie pisze na swoim blogu najlepszy w Polsce znawca finansów i oszczędzania Michał Szafrański - jeśli jeszcze go nie znacie, koniecznie zapoznajcie się z treściami na jego blogu Jak Oszczędzać Pieniądze.




Mieć zamiast być?


Żyjemy w dziwnych czasach, gdzie popularnością cieszą się filmiki na YouTube typu: haul, unboxing, PR mail, gdzie to właśnie dobra materialne wzbudzają największe zainteresowanie, generują setki tysięcy odsłon i polubień. I właśnie w taki sposób rozprzestrzenia się plaga konsumpcjonizmu, gdzie odbiorca stwierdza, że to przedmioty dają szczęście i przyciągają ludzi, a tym samym wykształca lub umacnia się w nim potrzeba posiadania.


A po co nam te wszystkie rzeczy? Można powiedzieć, żę w pewnym stopniu zapewniają bezpieczeństwo, jak np. “przydasie”, czyli przedmioty, które szkoda wyrzucić, bo mogą się nam przydać. Przyznajcie się, ile razy wzbranialiście się od pozbywania się rzeczy z obawy, że będziecie ich potrzebować, jak tylko opuszczą Wasze cztery kąty? W tym miejscu gorąco odsyłam Was do tego tekstu, gdzie czeka na Was cała lista rzeczy, z którymi już dziś możecie się pożegnać.

W dzisiejszych czasach to konsumpcjonizm napędza cały ten mechanizm. Żyjąc w ciągłym pędzie, ciężko pracujemy, bo kierujemy się potrzebą zarabiania, żeby wydawać. Oszczędzanie schodzi na dalszy plan, bo priorytetem staje się rywalizowanie z innymi o lepszy status i poziom życia, na podstawie posiadanych dóbr materialnych. W ten sposób próbujemy budować swój prestiżowy wizerunek, szczególnie, jeśli nie mogliśmy sobie na to pozwolić w okresie nastoletnim.

Doskonale pamiętam, jak będąc w liceum nie mogłam się już doczekać, aż zacznę pracować, żeby móc w końcu pozwolić sobie na przyjemności, na które nie było mnie wtedy stać. Będąc na studiach, gdy miałam już swoją pierwszą stałą pracę, chodziłam do Sephora czy Douglas, buszując po najtańszych kosmetykach (droższe nie wchodziły w grę), tylko po to, żeby opuścić sklep z torebką z logo perfumerii i pokazać “światu”, że mnie stać na zakupy w tym sklepie. Na siłę kupowałam coś, czego tak naprawdę nie potrzebowałam. Wydać 200 zł na luksusowy kosmetyk było wtedy moim marzeniem, ale nie mogłam sobie pozwolić na wydanie 10% mojej miesięcznej pensji.

Poprzez nabywane przedmioty dążymy do lepszego życia, kierując się potrzebą przynależności. Chcemy stworzyć idealny wizerunek siebie, podkreślić swój “nowy”, lepszy status, a dzięki temu przynależeć do danej grupy ludzi, np. zamożnej grupy kobiet, które stać na dobra luksusowe. Często oceniamy drugą osobę na podstawie tego, jak wygląda, co posiada i podświadomie wyrabiamy sobie opinie na jej temat. Zróbcie kiedyś mały test: wybierzcie się do luksusowego butiku znanego projektanta. Jednego dnia pojawcie się tam ubrane elegancko i starannie wyszykowane (makijaż, ładna fryzura, zadbane paznokcie), a drugiego przyjdźcie w rozciągniętym dresie, bez kropli makijażu na twarzy i w nieogarniętych włosach. Same się przekonacie, jak potraktują Was ekspedienci i czy się Wami zainteresują.



Rozglądam się po mieszkaniu, w kątach piętrzą się stosy rzeczy przygotowane do zapakowania w kartony. W miejscu, w którym jeszcze wczoraj stała moja ukochana biblioteczka, widzę teraz białą ścianę. I choć żal mi rzeczy, z którymi musiałam się rozstać (na zawsze, lub na jakiś czas), to czuję się zaskakująco lekko i przyjemnie, mając wokół siebie jeszcze mniej przedmiotów. Mieszkanie zyskało na przestrzeni, ale to mój umysł tej przestrzeni potrzebował bardziej - i w końcu ją otrzymał. Trzymajcie kciuki, żeby ten stan “oczyszczenia”, w którym mniej, oznacza więcej, trwał jak najdłużej.

PS. Dajcie znać, czy chcecie przeczytać, dlaczego według mnie “być”, jest ważniejsze niż “mieć”. ;)

Ściskam,
Gosia

Zdjęcia: Ella Jardim from Unsplash

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz