poniedziałek, 23 września 2019

Tutaj życie toczy się wolniej: Walencja | Hiszpania


Niech mnie ktoś uszczypnie! Wrzesień powoli się kończy, kalendarzowa jesień już się rozpoczęła, a ja zamiast martwić się nadchodzącym spadkiem nastroju (jak to co roku o tej porze u mnie bywa) i stresem związanym z powrotem do pracy po rocznym macierzyńskim, wygrzewam się właśnie w słoneczku w samym środku jednego z najpiękniejszych parków, jakie istnieją na Świecie, jednocześnie pisząc dla Was ten tekst i myślę sobie: Gocha, Ty szczęściaro!

Jeśli czytaliście moje wcześniejsze teksty, to już wiecie, że 1-go września przeprowadziliśmy się z Londynu do Walencji. Pomysł na przeprowadzkę pojawił się szybko, ale musieliśmy się najpierw upewnić, że podejmujemy właściwą decyzję, rozważyć wszystkie za i przeciw, przeanalizować każdy możliwy scenariusz - szczególnie ten finansowy, bo postanowiliśmy zrobić sobie przerwę od pracy i żyć z wieloletnich oszczędności. Naszą decyzją podzieliłam się na blogu w czerwcu, bo wtedy zapadła klamka i mogliśmy już oficjalnie przyznać się do naszych najbliższych planów.


Zależało nam, żeby miasto było raczej duże, znajdowało się nad morzem, a temperatury w zimie przypominały raczej te jesienne, dlatego padło na południowo-wschodnie wybrzeże i Walencję. Pod względem wielkości, to trzecie miasto w Hiszpanii (zaraz po Barcelonie i Madrycie), mniej więcej 800 tysięcy mieszkańców, więc nie jest to przytłaczająca liczba. Oczywiście nie moglibyśmy przeprowadzić się w ciemno, nie znając wcześniej miasta (no cóż, z Londynem było jednak inaczej, no ale heloł, to w końcu Londyn!), dlatego najpierw zaplanowaliśmy na maj prawie dwutygodniowy pobyt w Walencji. Były to nasze pierwsze wakacje w trójkę, a Agatki pierwszy raz w cieplejszym klimacie. To nam dało wystarczającą ilość czasu, żeby móc bliżej poznać miasto, ocenić, czy nam się podoba krajobraz, jak i życie tutaj, a przede wszystkim, czy jest to dobre miejsce dla rocznego dziecka.



Zatrzymaliśmy się w hotelu przy jednej z głównych ulic i już podczas pierwszego spaceru zauważyliśmy, że nie ma tu zastraszającej  liczby turystów i tłumów, nawet w tych bardziej popularnych punktach miasta. Osobiście odetchnęłam z ulgą, bo właśnie ten aspekt najbardziej mnie zmęczył podczas życia w Londynie i wielokrotnie negatywnie to wpływało na moje samopoczucie. Walencja natomiast od razu sprawia wrażenie miasta przyjaznego rodzinom z dziećmi, a na tym bardzo nam zależało. Życie jest tu spokojne, tempo życia wolne, w ogóle nie odczuwa się tutaj pogoni za czasem i ma się wrażeniem, że cywilizacyjny stres jest mieszkańcom obcy.



Rodzina, jak i czas z nimi spędzany, ma tutaj (jak i w całej Hiszpanii) ogromne znaczenie, dlatego w godzinach 14:00 - 17:00 większość sklepów jest pozamykanych, a mieszkańcy udają się do domów na popołudniową sjestę. To właśnie w tych godzinach temperatury są tu najwyższe i najlepiej jest wtedy zregenerować siły przy rodzinnym posiłku i jeszcze zaliczyć szybką drzemkę. Sama tego doświadczyłam już wielokrotnie i jak najbardziej podoba mi się takie podejście. Z drugiej strony, jeśli planujemy jedzenie na mieście, musimy mieć na uwadze, że większość knajpek i restauracji będzie zamkniętych po 15:00/16:00, co dla turystów jest dużym zaskoczeniem. Podczas naszych pierwszych dni w Walencji, nie zwracaliśmy uwagę na upływające godziny i kiedy nasze żołądki odezwały się głośnym burczeniem, okazało się, że nigdzie (a przynajmniej tam, gdzie się akurat znajdowaliśmy, a byliśmy w samym centrum) nie serwują żadnych posiłków aż do wieczora! Możecie sobie wyobrazić naszą radość, gdy po ponad godzinie intensywnego polowania na jedzenie (z Google Maps w ręku), w końcu natrafiliśmy na Panadería (kanapko-kawiarenkę), w której cudownym trafem oferowali menu del dia, czyli dwudaniowy obiad z napojem (wino też się w to wlicza) w promocyjnej cenie. Zostaliśmy uratowani!


A propos temperatury, zdecydowaliśmy się na Walencję, ze względu na wyjątkowo dobrą pogodę w skali roku. Przeczytałam gdzieś, że jest tu aż 320 słonecznych dni w ciągu roku, więc w końcu będę mieć odpowiedni poziom witaminy D w organizmie haha. Jak już wspomniałam na początku, wraz z nadejściem okresu jesiennego i malejącą temperaturą, która osiąga swój szczyt (a raczej dół) w okresie zimowym, mój organizm przechodzi w stan przetrwania i automatycznie obniża mój nastrój, proporcjonalnie do malejącej ilości słonecznych dni. Zarówno moja energia, jak i motywacja do działania plasują się wtedy na bardzo niskim poziomie i jedyne co może je uratować to… nadejście wiosny. W tym roku na szczęście jest to mi niestraszne i mam zamiar wykorzystać ten fakt w 100% - nawet, jeśli miałoby się to równać lepieniu bałwana na plaży z piasku, zamiast ze śniegu. ;)


To, co zwraca uwagę i przyciąga turystów do Walencji, to wspaniałe połączenie tradycji z teraźniejszością. Z jednej strony, w samym centrum odnajdziemy piękne zabytkowe budynki, a kawałek dalej, z 20 minut spacerem, czekają na nas nowoczesne budynki, zachwycające swoją architekturą i idealnie wpisujące się w krajobraz miasta. To właśnie Park Turia, który ciągnie się przez 9 km (powstał w miejscu koryta rzeki!), najbardziej zdobył moje serce i nie ma dnia, żebyśmy nie wybrali się tutaj na spacer. Krajobraz tak został zaprojektowany, by każdy znalazł tutaj coś dla siebie, ale miejsce, w którym każdy turysta aż rwie się do zrobienia sobie selfie, jest Ciudad de les Arts i les Ciències (Miasto Sztuki i Nauki), czyli te piękne nowoczesne budynki i błękitna woda, które bardzo często pokazuję na moim Instagramie. Zrobiłam tu już chyba setki zdjęć, a i tak za każdym razem (czyli codziennie), nie mogę się powstrzymać przed pstryknięciem jeszcze kilku dodatkowych. Warto wybrać się tutaj o różnych porach dnia, a w szczególności na zachód słońca. Już kilka razy mijaliśmy cały rząd fotografów, którzy próbowali uchwycić go na zdjęciu, niczym celebrytę na czerwonym dywanie.


*  * *
Agatka się właśnie obudziła z popołudniowej drzemki. Przeciąga się i rozgląda ze zdziwieniem dookoła, jakby zastanawiała się, jak to się stało, że znalazła się w parku, skoro jeszcze nie tak dawno spacerowałyśmy zacienionymi uliczkami. Kończę więc pisać ostatnie zdanie i chowam laptopa, bo moja Mała Szefowa zaczęła machać do mijających nas przechodniów, którzy oczarowani podchodzą do nas ze swoim równie podekscytowanym 2 letnim (?) synkiem. Chyba powinnam nauczyć się od Agatki, jak szybko nawiązuje się hiszpańskie znajomości, bo w tym, to moja Córeczka jest zdecydowanie najlepsza. ;)

Ściskam,
Gosia

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz