czwartek, 7 maja 2020

A Ciebie kto oszukuje na Instagramie? Szczerość a kreacja w social media




Czy to niebo przykuło Twoją uwagę? Jeśli tak, to dobrze. Albo nie - właśnie niedobrze! Nie tak dawno pierwszy raz wypróbowałam aplikację, w której można "upiększyć" zdjęcie ciekawym niebem. Niby jedno czy dwa kliknięcia i efekt gotowy, więc nic tylko wrzucić na Instagram i czekać aż posypią się serduszka i komentarze zachwytu. Co chwilę odświeżasz i jarasz się każdym lajkiem, ale czy chociaż przez sekundę zastanawiasz się, kogo znajdziesz po drugiej stronie? Kto właśnie chciałby choć na chwilę znaleźć się w Twojej “bajce”? Nie? A no właśnie, tak podejrzewałam...


Jesteśmy przyzwyczajeni, że na Instagramie widzimy głównie cudowne życie, wiecznie kolorowe, przez co sami najchętniej pokazujemy tylko najlepsze wycinki z całego dnia (albo i tygodnia). Chwalimy się czymś, co będzie chętnie klikalne, lajkowane, udostępniane i pożądane przez innych. Pożądane przez osoby, które odwiedzając Twój profil i widząc zdjęcia jakie tam dodajesz, wierzą w taki wyidealizowany świat na Instagramie, zazdroszczą Ci i dopada ich przygnębienie, bo ich życie tak nie wygląda. Chciałyby chociaż na chwilę znaleźć się w Twojej bajce, mimo że ta Twoja bajka to czysta kreacja, którą tworzysz, by zamaskować swoje zwyczajne życie i się dowartościować liczbami. Naprawdę warto?


Na początku było FOMO

Zaczyna się niewinnie. Postanawiasz zaprzyjaźnić się z Instagramem, bo wszyscy teraz tam są i chcesz się dowiedzieć, jak to wygląda od środka. Na początku sprawdzasz, kto z Twoich znajomych już tu jest i klikasz “Obserwuj”, ale szybko odkrywasz inne ciekawe profile, które podpowiada Ci Instagram. Podoba Ci się to co widzisz i zaczynasz publikować swoje zdjęcia, bo może w ten sposób ktoś również i Ciebie zaobserwuje. Mijają tygodnie, miesiące, a Ty się spędzasz coraz więcej czasu w social media. Dzień zaczynasz od zobaczenia, czy masz jakieś nowe polubienia zdjęć i sprawdzasz, co słychać u osób, które obserwujesz. Nawet nie zauważasz, kiedy dzień mija Ci z telefonem w ręce, bo wolne chwile przeznaczasz na “szybkie” zaglądnięcie na Instagram, żeby niczego nie przegapić. Czy to już jest uzależnienie i FOMO (ang. fear of missing out)? Nie chcesz znać odpowiedzi, wolisz wyprzeć to ze świadomości. 

Podoba Ci się podglądanie innych i Twoja ciekawość, co u nich słychać, zawsze wygrywa. Zachwycasz się pięknymi profilami i publikowanymi tam zdjęciami, które w jakiś nieznany Ci sposób wspólnie tworzą atrakcyjną całość. Próbujesz zrozumieć dlaczego Twoje zdjęcia nie są tak ładne, a widząc wiecznie szczęśliwych, zawsze pięknych ludzi, zaczynasz zastanawiać się, co z Tobą jest nie tak. Im więcej czasu spędzasz na Instagramie, tym częściej porównujesz się do innych i coraz bardziej do Ciebie dociera, że nie masz tak fajnego życia jak oni, więc pogarsza się Twój nastrój. Szkoda tylko, że jeszcze nie zdajesz sobie sprawy, że dałaś się złapać w podstępną pułapkę.



Presja

Niestety żyjemy w czasach, w których panuje ogromna presja na twórców, by pokazywać same najpiękniejsze chwile i prezentować się z jak najlepszej strony. Jest to bardzo cienka granica do przekroczenia i nie każdy zdaje sobie sprawę, kiedy ją przekracza. 

Zasięgi, lajki, komentarze, walka o obserwatorów, wyświetlenia - wszystkie te aspekty są powodem, dla którego twórcy internetowi stosują niezliczoną ilość taktyk, by zaistnieć w sieci i systematycznie zwiększać swoje statystyki. 

Trzeba wrzucać zdjęcia codziennie, żeby nie wypaść z gry, ale samo prowadzenie estetycznego profilu już nie wystarcza. Im dłużej działasz na Instagramie, tym większą odczuwasz presję posiadania profilu, który ma zachwycać. Zdjęcia, które jeszcze nie tak dawno wrzucane były pod wpływem chwili i oddawały Twój aktualny nastrój, teraz muszą zostać poddane dogłębnej analizie i spełnić szereg kryteriów, żeby miały szansę pojawić się w Twojej siatce zdjęć.

A skoro już o tym mowa, spójna siatka zdjęć to konieczność, więc starasz się wypracować jak najlepszą strategię na swój profil i jesteś w stanie wiele poświęcić (czasu i pieniędzy), żeby ten cel osiągnąć. Pomóc mają Ci w tym liczne aplikacje do edycji zdjęć, tworzenie i kupowanie presetów (gotowych filtrów), kupowanie ebooków z hashtagami, zapisywanie się na płatne kursy online, oferujące wiedzę potrzebną do rewelacyjnej metamorfozy profilu. Wszystko tylko po to, by nie zostać w tyle.

Tak łatwo się przy tym wszystkim zatracić i pozwolić, by następował przerost formy nad treścią, gdzie tworzenie iluzji o idealnym życiu pochłania całą Twoją energię. Żyjesz w świecie online, ale co z Twoim prawdziwym życiem?


Ciągłe odświeżanie profilu, sprawdzanie liczby nowych obserwujących, monitorowanie nowych lajków do zdjęć, porównywanie statystyk swoich z innymi podobnymi profilami, nakręcanie komentarzy pytaniami w stylu “Kto wypił już dziś kawusię?” (bo nie masz już czasu na coś merytorycznie wartościowego) są już na porządku dziennym i weszły Ci szybko w krew - tak szybko, jak robi to LSD (sorry jeśli zły przykład, nie znam się na narkotykach).

Jeśli więc korzystasz z social media, bądź proszę ostrożna, bo bardzo łatwo wpaść w tę pułapkę, a raczej bagno - z którego wyciągnąć może Cię tylko potężny dźwig... na odwyku!


Kreacja

W wiadomościach prywatnych na Instagramie często poruszałam z wieloma dziewczynami temat: szczerość vs. kreacja w social media, bo osób, które irytuje takie sztuczne życie innych jest mnóstwo. Bardzo łatwo można rozpoznać, gdy ktoś robi wystylizowane, wyreżyserowane zdjęcia wyłącznie pod Instagram i zbieranie lajków.

Na pewno kojarzycie takie sesje zdjęciowe z prawdziwego Instagramowego zdarzenia. No wiecie, takie zdjęcie zrobione w idealnie rozłożonej białej pościeli, piżamka z jakimś uroczym motywem, grube świąteczne skarpetki, w ręku kubek kawy z grubą warstwą bitej śmietany i porządną posypką marshmallow, dookoła przeróżne "przypadkowe" dodatki m.in drogie kosmetyki, torebka papierowa Victoria’s Secret, świeczka Bath & Body Works, najnowsze wydanie magazynu VOGUE, książka z różową Instagramową okładką, bukiet świeżych tulipanów, no i oczywiście wypasione francuskie śniadanko do łóżka, a na drugim planie przystrojony światełkami Macbook, odtwarzający jedną z najpopularniejszych i wzruszających bajek Disney.



Tak, takie wykreowane scenki, które mają na celu pozbierać jak najwięcej lajków mnie też kiedyś zachwycały. W sumie do dziś podziwiam takich twórców... że im się tak chce.  Ale coraz bardziej zaczyna razić mnie taka sztuczna kreacja i wyolbrzymianie  (sztuka dla sztuki). Mimo, że cały czas doskonale zdaję sobie z niej sprawę i wiem jak to wygląda, to jednak często mam już tego dość. 

Niedawno zrobiłam porządki w osobach, które obserwuję na Instagramie (staram się już być z tym systematyczna) i pousuwałam wiele profili, które kiedyś imponowały mi taką “scenografią” i stylizacją zdjęć, ale zaczęły działać mi na nerwy, pokazując wyidealizowany świat - bardzo często świat konsumpcjonizmu pełen materialistów. Bardzo łatwo można odnieść wrażenie (słuszne zresztą), że życie takich osób zdominował materializm, konsumpcjonizm, a przede wszystkim, chęć stania się kimś, kim się nie jest. A skąd to się bierze? A no z zazdrości!



Zazdrość

Temat rzeka! Zamiast doceniać to co mamy, tak łatwo jest wpaść w pułapkę konsumpcjonizmu i zazdrości, no bo przecież inni mają lepiej niż my. Zazdrościmy, bo ktoś co chwilę pokazuje na Instagramie czy YouTube haule czy unboxing nowych ubrań, torebek, kosmetyków, zabawek dla dzieci, sprzętów, wychwala drogie usługi, zabiegi w salonach urody, pobyty w hotelach, i wiele innych - a bardzo rzadko zdajemy sobie sprawę, że większość z tych rzeczy są promowane, bo twórca ma w tym jakiś ukryty interes:

a) to modne i przyciągnie dużo obserwujących, lajków i komentarzy
b) otrzymane za darmo (ewentualnie ze sporym rabatem lub opłacenie tylko kosztów przesyłki) w zamian za publikację na profilu/stories/YouTube
c) twórca chce być dostrzeżony przez firmę i liczy na współpracę (barter) lub darmoszkę (prezenty),
d) twórca otrzymuje “spersonalizowany” rabat dla swoich odbiorców - często jest to 10% lub 15% (tym sposobem odbiorcy będą chętniej wracać i obserwować twórcę, bo skuszą ich informacje o potencjalnych rabatach w przyszłości).

Szkoda, że firmy nie zdają sobie jeszcze sprawy, że wysyłanie lub oferowanie tego samego produktu do różnych influencerów przynosi odwrotny skutek - działa to jak antyreklama, bo kto trzeźwo myślący ma ochotę kupować coś “szczerze polecanego”, skoro widzi to co chwilę u różnych osób? Jakiś dziwny zbieg okoliczności? Z jednej strony są to wielcy influencerzy, którym wiele osób ufa (promujący np. popularne odżywki białkowe), a z drugiej masowo rozsyłane próbki do testów za wzmiankę w social media. Chyba nie sądzisz, że nagle wszystkim zachciało się polecać kapsułki do prania, ten sam podkład do twarzy albo konkretne jedzenie dla dzieci?

Jakimś dziwnym trafem tak wiele osób poleca to samo, posiłkując się przygotowanymi od producenta informacjami technicznymi lub materiałami prasowymi i niemal “na siłę” stara się przekonać, jak to dany produkt/usługa odmieniła ich życie. Tyle zdań zachwytu, już po pierwszym użyciu? Zwróćcie uwagę, że mało kto wspomina okoliczności nabycia konkretnego produktu. Pojawia się nagle i od razu ląduje na Instagramie, bez słowa wyjaśnienia, że to “darmoszka” w zamian za reklamę. Przez dłuższy czas obserwujesz takie osoby i zaczynasz słusznie wątpić, czy to co pokazują, było ich własnym zakupem, czy jednak “wyżebrane”. A potem taki twórca podpatrzy u innych twórców, że jakaś firma chętnie nawiązuje współprace barterowe z influencerami i jak myślisz - pozwoli, żeby taka okazja przeszła mu koło nosa? Niestety chciwość wygrywa i im więcej “prezentów” otrzymują, tym bardziej pojawia się ochota na więcej. Jak to mówią: “Apetyt rośnie w miarę jedzenia” - szkoda tylko, że trzeba się zatruć, żeby zrozumieć swój błąd.

W tym miejscu nie mogłabym nie wspomnieć o jednym z częstych problemów influencerów jakim jest gubienie się w poleceniach i chaotycznym rekomendowaniu produktów/usług, co wynika z braku nakreślonej wizji i strategii na swoją działalność w social media. Naprawdę nie trzeba być detektywem, żeby zauważyć promowanie na siłę i zakłamanie z ich strony - wystarczy mieć oczy otwarte. Przykład? Zachwalają np. konkretny wózek dla dziecka/paski wybielające zęby/pampersy/lakier hybrydowy/produkty do włosów/ekspres do kawy - kilka razy pojawia się w postach i na stories, a już po miesiącu polecają produkty konkurencyjnych firm w całkowitym oderwaniu od tego, co promowali jeszcze nie tak dawno, bez słowa wyjaśnienia skąd zmiana. Czy oni naprawdę myślą, że ich odbiorcy są ślepi, mają krótką pamięć albo tak łatwo dają się nabrać? Dla mnie to prosty rachunek: brak rzetelności = brak wiarygodności.

Instagramowe życie jest podkoloryzowane, a my i tak głupio zazdrościmy, bo podoba nam się to, co widzimy. A przecież nikt nie ma idealnego życia! To, co widzimy, to tylko wykreowane scenki i wyselekcjonowane urywki dnia, które twórca chce nam pokazać. Ma być życie niczym z Pinteresta i efekt “wow”! No bo skoro lubisz to, co widzisz, to polubisz też i nadawcę komunikatu, a to tylko sprzyja pozyskiwaniu nowych odbiorców i zwiększaniu statystyk. Proste.

Skąd się to wszystko bierze? Ja podsumowałabym to tak:



Autentyczność


Gdybym Cię spytała, dlaczego obserwujesz konkretne profile, to Twoja odpowiedź zapewne brzmiałaby: “bo mi się podoba”, “bo lubię to, co widzę”, “bo chcę się zainspirować”. I naturalne jest, że obserwujemy przepiękne konta, żeby dostarczyć sobie rozrywki, poczuć się lepiej, ale nie zdajemy sobie sprawy, że na dłuższą metę ma to na nas negatywny wpływ i przygnębia nas fakt, że inni mają takie cudowne, kolorowe życie, a my nie. Widzimy życie, w którym nie ma miejsca na słabości, gorsze chwile, nieatrakcyjne kadry i porównujemy go do swojego. W social media “cierpienie” czy “gorsza sytuacja finansowa/życiowa” nie jest atrakcyjne, no bo nikt nie ma ochoty tracić czas na wysłuchiwanie marudzenia i narzekania innych osób. A przecież każdy z nas przez to przechodzi i wiele osób chciałoby się otworzyć przed światem, pokazać swoje prawdziwe życie, ale się wstydzi i boi, że spotkają się z negatywnym odbiorem, krytyką, a nawet i popularnym hejtem. W efekcie sami zaczynamy tworzyć na Instagramie swój świat, składający się z samych idealnych obrazków, żeby zyskać aprobatę innych i się dowartościować… a to błąd.
Na szczęście jest coraz więcej twórców, którzy stawiają na autentyczność. Bycie szczerym wobec swoich odbiorców i pokazywanie prawdziwego, niewykreowanego życia staje się dla nich kluczowym priorytetem.

Nie tak dawno na Instagramie wspominałam na stories o profilu małego Stasia który ma zdiagnozowaną Trisomia21. Profil odkryłam przypadkiem, trafiając na zdjęcie malutkiego Stasia, który uśmiechał się do mnie uroczo i tym samym zachęcił do zapoznania się z jego profilem. Wystarczyło mi przeczytać kilka postów, żeby mnie poruszyć i trafić prosto w serduszko. Zauroczyła mnie autentyczność i szczerość jego historii opowiadanej przez rodziców. Zarówno Staś, jak i jego rodzice są dla mnie takim światełkiem w tunelu, że Instagram można wykorzystywać w piękny sposób i pokazać autentyczną, szczerą stronę. Bardzo bym chciała by było więcej takich ludzi i profili, które bezinteresownie niosą dobro i miłość do siebie nawzajem.

Kiedy zaczęła uwierać mnie ta cała Instagramowa kreacja na pokaz i presja na bycie idealnym, zaczęłam bardziej dostrzegać osoby, które pokazują swoją prawdziwą twarz - zarówno w przenośni, jak i dosłownie - i zainspirowana zaczęłam brać z nich przykład. We wrześniu przeprowadziliśmy się do Hiszpanii i pomimo moich strasznych kompleksów i wstydu przed pokazywaniem się przed kamerą, zaczęłam pokazywać się na stories bez makijażu i z kompletnie nieogarniętymi włosami, co dla mnie było ogromnym przełomem.

Doskonale pamiętam ten moment, gdy jeszcze tego samego miesiąca wybraliśmy się na plażę, a ja pod wpływem chwili wyciągnęłam telefon i zaczęłam nagrywać na stories, mimo, że wyglądałam bardzo niereprezenytacyjnie (zero makijażu, oczy przymrużone przez rażące słońce, włosy przylizane i spięte byle jak). Nie widziałam nawet swojego obrazu w telefonie, ale dla mnie liczyła się chwila i moje przemyślenia, którymi na gorąco chciałam podzielić się z moimi odbiorcami. I wiecie co? Od razu po opublikowaniu pogadanki na stories poczułam ogromną satysfakcję i dumę z siebie, a zaraz po tym niesamowitą ulgę, że się przełamałam. Bałam się krytyki i tego “co ludzie pomyślą/powiedzą”, ale nie spotkałam się z ani jedną negatywną reakcją. Ba, wręcz przeciwnie! Zaskoczona i zachwycona pozytywnym odzewem utwierdziłam się w przekonaniu, że w końcu mogę być sobą i dać się poznać taką, jaka jestem - z niedoskonałościami, bez tworzenia sztucznej otoczki “pod publiczkę”. Od tamtej pory przestałam się bać pokazywania całkiem “niezrobiona”, bo wiem, że dla moich odbiorców liczy się to, co chcę przekazać, a nie to, jak wyglądam.



Życie cudzym życiem


Jeśli przyłapiesz się na tym, że co chwilę odruchowo sięgasz po telefon, by sprawdzić co słychać w Instagramowym świecie, zastanów się najpierw, czy jest Ci to potrzebne. Dobrze wiem, że ciężko jest walczyć z FOMO, a pokusa scrollowania i podglądania innych jest silniejsza, ale w takich momentach warto mieć na uwadze, że Instagram to miejsce, w którym bardzo łatwo jest popaść w kompleksy - szczególnie, jeśli już zmagasz się z obniżonym poczuciem własnej wartości. Wiele badań naukowych udowodniło negatywny wpływ social media na nasze zdrowie psychiczne, szczególnie gdy porównujemy się do innych. Nie doceniamy tego co mamy, bo chcielibyśmy żyć tak jak ludzie na Instagramie. Wolimy żyć cudzym życiem i tym, czym nas “karmią”, a nie zauważamy, że to co nam umyka, to nasze życie! A tego chyba nie chcesz przegapić, prawda?

Bardzo chciałabym poznać Twoją opinię na ten temat. Skoro dobrnęłaś do końca, to wejdź proszę na mój profil na Instagramie www.instagram.com/morethanmypassion i pod najnowszym zdjęciem daj znać, czy myślimy podobnie, czy jednak masz inne zdanie. A jeśli nie masz wyrobionej opinii, to daj chociaż znać, że przeczytałaś ten tekst i zostaw w komentarzu emotikonkę jednorożca. ;)

Ściskam,
Gosia


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza